Nigdy nie miałam przekonania do suszarek, gdzieś kiedyś wyczytałam, że nawet samo suszenie może niszczyć włosy. Dlatego zawsze myłam głowę na tyle wcześniej, żeby mieć czas na „naturalne” schnięcie. Jednak jakieś dwa miesiące temu się to zmieniło. Była niedziela, ja wyszłam właśnie spod orzeźwiającego prysznica, gdy zadzwoniła moja służbowa komórka. Na wyświetlaczu: „SZEF”. Cóż mogłam zrobić, musiałam odebrać. W słuchawce od razu usłyszałam: pani Magdo za pół godziny musi być pani w biurze. Nawet nie czekał na moją reakcję tylko się rozłączył. Wiedziałam, że musiało się coś stać, a ponieważ jestem jego sekretarką więc i tak bym nie odmówiła. Błyskawicznie się ubrałam, jednak nie wiedziałam co z włosami. U mnie w domu nie było suszarki. Szybko więc zadzwoniłam do Olki, gdyż wiedziałam, że ona z pewnością też będzie w biurze. Przez słuchawkę rzuciłam jej jedynie, żeby była jak najszybciej w biurze i koniecznie wzięła ze sobą suszarkę. To było jedyne wyjście. Szybko wsiadłam w auto i pojechałam do biura. Przed wejściem już czekała Olka. Gdy zobaczyła moje włosy szybko zrozumiała po co mi suszarka. Z windy od razu skierowałyśmy się do damskiej toalety. Tam bardzo szybko wysuszyłam włosy i nawet zrobiłam w miarę sensowną fryzurę. Zdążyłyśmy na czas, jeszcze tego samego dnia kupiłam sobie suszarkę. W prawdzie dalej suszę włosy „naturalnie”, ale nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć…